|
|
Hm, pozwól, że troszkę się pobronię. Nie wszystkie Twoje przemyślenia wydają mi się sensowne.
Pierwsze wrażenie.
1. Nie możesz czepiać się o to, że Victor ma na nazwisko Chikachev, jak jakiś malarz, o którym w życiu nie słyszałam. Chikachev jest nazwiskiem rosyjskim, wcale nie rzadkim. To, że są znani ludzie, którzy je nosili, nie powinno być niczym specjalnie ujmującym. Nie wyobrażasz sobie nawet, ilu w Anglii chodzi Blacków i Potterów, chociaż sławnych nie znam, bo na Zachodzie się zmienia nazwisko, kiedy się staje sławnym. Ale znam trzy Kasie Kowalskie i raczej nie mam do nich pretensji o to, że nazywają się tak, jak podrzędna piosenkareczka pop polskiej sceny muzycznej.
2. "być jak Victor Chikachev" jest aluzją do surrealistycznego filmu "być jak John Malkovich". Jak Ty sobie wyobrażasz to, że Victor niby sam to napisał, i to na okładce opowiadania, które jest o nim? Napisane przez fankę? Możliwe, bo przecież przeze mnie.
3. Tak, tytułu opowiadania nie ma. I, przy okazji, nikt nie powiedział, że na szczycie zakładki ze stroną mojego bloga musi być tytuł opowiadania, które publikuje. Proszę, nie dajmy się zamknąć w żadnych schematach.
Pomysł:
Skoro wszystko gra, to punk odjęty za... ?
Fabuła:
Jeśli chodzi o wątek romantyczny, to te "ochy i achy" akurat były konieczne. Miały na celu podkreślenie naiwności i głupoty związku Victora z Nadią, a powtórzenia uwypuklały tę scenę. One nie były bezcelowe, były środkami stylistycznymi, spełniającymi swoją rolę. Zgodzę się z Tobą, że było to obrzydliwie cukierkowe i przesłodzone, ale na pewno zamierzone. Powtórzona sentencja ma do swoją rolę do spełnienia później, w kolejnych rozdziałach, bo przecież w końcu przestanie być tak miło i kolorowo, m ?
Metaforami z kosmosu nie powalam, bo używanie takowych byłoby po prostu śmieszne, patrząc na treść opowiadania. Metafory z kosmosu, które powalają na kolana, nie muszą być wszędzie. I nie wszędzie byłby "na miejscu". To strasznie głupia moda, ta na pisanie kilometrowych, przez nikogo nie zrozumiałych zdań, przepełnionych lirycznymi porównaniami, które bardzo ładnie brzmią, ale też bardzo mało pokazują.
Bohaterowie:
1. Victor jest, jaki jest, ale aktualnie jest uczniem szkoły, nie służącym Voldemorta i szeregów czarodzieja z całą pewnością nie zasila. Co się stanie, to się stanie, ale nie możesz wiedzieć, jaki Victor będzie wtedy. Człowiek się zmienia, ewoluuje, tak mówił p. Darwin.
2. Victor nazwał go Tonym raz, co nie jest błędem. Nikt inny tak do niego nie mówi, a i panicz Chikachev nazywa go tak od święta. Gdybym chciała używać tego częściej, używałabym. Nie wmawiaj mi, że wiesz lepiej, co chciałam napisać.
3. A po co czwarta ofiara losu? Kompletnie nie łapię Twoich sugestii, jakobym wzorowała się na Huncwotach. Czy Harry Potter to jedyna książka o szkolnych rozrabiakach, jaką znasz? Równie dobrze mogłabyś ich porównać, nie wiem, do praktycznie wszystkiego. Potter nie był zakochany z wzajemnością i nie wykorzystujący swoich atutów, on wykorzystywał swoje atuty bardzo nachalnie. Syriusz nie był rozkosznym rozrabiaką, był chłodnym chamem, przynajmniej w piątej części oryginalnej powieści, nie w słodkich fanfickach. Pan kujon, a i owszem, bo w tekście Rowling pan Karkarow zaszedł całkiem daleko. Doszukiwanie się tutaj jakiegoś związku pomiędzy nimi a Huncowtami uważam za po prostu śmieszne, bo, jak sama zauważyłaś - Victor jest dupowaty, Tosiek nie jest ani trochę podobny do Syriusza, bo jest od niego wrażliwszy, co widzimy po jego reakcji na wspomnienie matki i o wiele pogodniejszy. A Karkarow jest kujonem, ale raczej dalekim od Lupina. Jego mentalność można poznać bliżej w najnowszym rozdziale, szkoda, że nie chciało Ci się go już przeglądać. Nie wiem, jakich argumentów mam używać, bo nie rozumiem, dlaczego Ci się kojarzą z Huncwotami. Nie są podziwiani w całej szkole ani ponadprzeciętnie uzdolnieni na każdym możliwym polu jak tamci, a i wtedy nie byliby jak Rogacz, Łapa i Lunatyk. Są po prostu inni. Nie potrafię Ci tego wytłumaczyć, bo Ty nie wymieniłaś praktycznie żadnych cech wspólnych.
4. Michaił ma coś wspólnego z Glizdogonem? W którym miejscu? Glizdogon był tchórzem i zdrajcą, Misha jest natomiast idealistą, wierzącym w swoją rację. Jest "tym złym", fakt. Ale ostatecznie oni wszyscy byli "tymi złymi", co wiemy z treści oryginalnej powieści , znaczy wiemy, że Dołohow i Karkarow byli. Więc o co, kurczę, chodzi? Nic mnie tak nie irytuje, jak bezpodstawne oskarżanie o zżynanie.
5. Wątek z Nadią NIE jest ani trochę podobny do wątku z Lily. Tak, jest miłością z wzajemnością, bo szczeniaki mają to do siebie, że jeśli na siebie ładnie spojrzą, to już im się wydaje, że to wielka miłość jest. Myślałam, że przez wielokrotne zaznaczenie naiwności tego związku, dałam wyraźnie do zrozumienia, że tutaj nie ma mowy o wielkiej życiowej miłości, czy czymś takim, ale o zwykłym zadurzeniu dwóch szczeniaków. Co więcej, w ostatnim rozdziale widać, że "randka" w Petersburgu najwyraźniej była równoznaczna z obustronną deklaracją uczucia i oni oboje już ze sobą są. Nie, nie biegają za sobą, Victor jej nie będzie gonił, ani ona jego. Bo już się złapali.
6. Kolejne, co mnie denerwuje, to zarzucanie banalności i głupoty, kiedy do niej wcale jeszcze nie doszło. Nie wiesz, CZY Victor zabije Sorkina, nie wiesz też DLACZEGO. Wiesz tylko, że na procesie POWIEDZIAŁ, że go zabił, i to nie z polecenia Czarnego Pana, nic więcej. Nikt nie sprawdzał, czy Victor mówił wtedy prawdę, zauważyłaś?
7. Nie, wątku Elizaviety nie rozwinę. Opowiadanie jest opowiadane (powtórzenia rlz.) z punktu widzenia chłopców, którzy przecież nic o Naretowej nie wiedzą. Wiedzą, że ma ładny gust, jest kobieca, i ma fajny tyłek. I właśnie o to w jej wątku chodzi. Antoś nie pałał do niej miłością, fascynacją - pałał pożądaniem, dokładnie tak to opisałam i dokładnie to miałam na myśli.
8. Ja o słowiańskiej arystokracji, przynajmniej tej z opowiadania o Victorze, wiem wszystko. W żadnym rozdziale nie umieściłam na ten temat stosownej informacji, bowiem nie odczuwałam ku temu potrzeby. W fabule to ni nie zmienia, a Czytelnicy pomarliby z nudów, kiedy zobaczyliby takie straszne opisy. Opisy są fajne. Świat przedstawiony też. Ale w tekście literackim, w dobrym tekście literackim, wszystko powinno mieć swój cel. Nawet opisy i świat przedstawiony. Rodzina Victora, oprócz tej, którą już pokazałam - Misha, z którym się przyjaźnił i nadopiekuńcza matka - oraz oprócz tego, że stosunek arystokracji do poczynań Voldemorta nie był jednoznaczny, nie ma już żadnej roli do spełnienia. Absolutnie żadnej. Rowling stworzyła całe drzewo genealogiczne, ale kto to pamięta? Ja umierałam z nudów, kiedy o tym czytałam. Rodzina jest dopracowana, ale w opowiadaniu nie występuje, bo opowiadanie nie jest o świecie czarodziejów, jest o konkretnym czarodzieju.
Kanon:
Cóż, mój angielski jest co najmniej dobry. Pogrzebałam i znalazłam, że rówieśnikami nie byli. Tutaj też wspomnę o tych nieszczęsnych Doorsach, bo mnie uraziło, że wyszło na to, że niby tego nie przemyślałam. Jak napisałam, daty i wiek chłopców są pokręcone, odmłodziłam ich. Po gazetach i tym, co się dzieje, można się łatwo zorientować, że mamy coś około roku 1980, czyli pierwszej wojny z Voldemortem. Wtedy Doorsi już byli. Antek i Igor byli dawno po szkole. Ale to ten kanon, za który mi punkt - słusznie - już odjęłaś. Nie muzyka jest nie na miejscu, ale bohaterowie.
Marysuizm:
Nie wierzę w marysuizm. Tylko w literaturze pozytywistycznej pojawiali się bohaterowie tak niemożliwie szarzy, prości, zwyczajni i nudni, jakich ostatnio trzeba tworzyć, żeby być *fajnym*. Nie lubię tej głupiej mody i czepianie się o to, że Antonin jest przystojny, nie jest do końca sensowny. Przystojni chłopcy istnieją. Serio. Co do podobieństwa do Huncwotów, napisałam wyżej co myślę. Po prostu nie widzę tego, co Ty. Nie widzę, w którym miejscu są podobni do Huncwotów oprócz tego, że są przyjaciółmi i że wśród nich jest kujon. Oni są po prostu inni, kompletnie.
Błędy:
*„Nigdy uśmiechnięty, nigdy radosny(…)” – jakoś dziwne to brzmi. Nie mogłoby być „Nigdy nie był uśmiechnięty, ani radosny”? (rozdział 1); - mogłoby być, ale nie było i błąd to z całą pewnością nie jest.
* „Tia, pan połyka w całości(…)” – tia? (rozdział 1); - tak, "tia". Stylizacja mowy na mowę potoczną, zabieg całkiem powszechny i z całą pewnością nie będący błędem.
*„Biedny, naiwny Victor nie wiedział jeszcze, że oto rozpoczął się początek reszty jego życia.” – „początek reszty”? Tzn. co? Bo nie rozumiem. „początek końca”, „całkiem nowy etap/rozdział”. (rozdział1); - nie, początek reszty. Miał jedno życie, rozpoczął drugie. Coś się skończyło , coś się zaczęło. To też nie jest błąd. Nie wmawiaj mi, że wiesz lepiej, co chciałam napisać, to dalej jest mój tekst.
* „Victor i Antonin wydali z siebie zgodny, przepełniony niewyobrażalnym dla zwykłego, prostego człowieka bólem jęk” – „Victor i Antonin wydali z siebie zgodny, przepełniony niewyobrażalnym – dla zwykłego, prostego człowieka – bólem jęk” tak bym to napisała, ale spytam jeszcze kogoś bardziej doświadczonego i dam Ci znać(rozdział4); - nie. Zdanie, które chciałaś oddzielić, nie jest wtrąceniem, bo nie jest nawet zdaniem.
*„Było raczej chłodno - chłodno, ale pięknie.” – no, raczej, wszak zima na dalekim wschodzie. Skromnie proponuję „dość” zamiast nieszczęsnego „raczej” (rozdział5); - znowu to samo. Nie wmawiaj mi, że wiesz lepiej, co chciałam napisać. 0, -5 stopni nie jest "dość" zimną zimą, jest raczej zimną zimą. Przynajmniej w Rosji. A jesteśmy w Rosji tak długo, jak długo trzymamy się tekstu.
Jeśli chodzi o resztę, to te durne powtórzenia i literówki poprawiałam setki razy, ale serwer nie chce tego zapisać. Kilka dni temu, jeszcze przed wystawieniem oceny, znowu to poprawiałam, aj, zaraz sprawdzę, czy tym razem się udało. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale powinnam była to sprawdzić przed wrzuceniem rozdziału, moja wina.
* „Odgonił go prostym gestem, jak gdyby odganiał wyjątkowo natrętną muchę.” – nie cierpię tego porównania. Wyjątkowo natrętne muchy odganiam przez rzut papciem (co jest bardziej skoordynowanym gestem), a Ty? (rozdział1); - Ja ręką, kiedy mucha mi bzyka koło ucha. Kapciem jest wtedy wyjątkowo niehigienicznie, bo dom mam duży, do tego z ogrodem, więc machanie podeszwami koło twarzy byłoby średnio fajnym pomysłem. To nie jest błąd.
Ta posadzka w jadalni to niezła gafa, fakt. Szybciutko wezmę się do poprawienia.
* „(…)on będzie mógł w spokoju pouczyc się na egzamin z właściwości korzeni roślin długowiecznych, jednak otoczenie skutecznie mu to uniemożliwiało. (…)Victor miał więc ciszę, miał spokój i miał materiały do nauki. Brakowało mu tylko odrobiny dobrej woli.” – w takim razie, to nie otoczenie było winne. I literówka – pouczyć (rozdział2); - Najpierw otoczenie mu to uniemożliwiało, potem Victor poszedł do biblioteki, gdzie miał spokój i cieszę. Związek przyczynowo-skutkowy.
*„Maluchy rozkładały talerze, podawały żywność, rozlewały napoje, ścierały ewentualne nieczystości. Wszystko zgodnie z tradycją.” – jeśli się nie mylę, w tradycji rosyjskiej panuje metoda zwana właśnie rosyjską (czasami rodzinną) - to nie jest kultura szwedzka? Przyznam Ci się, że nie wiem. Ale na myśli nie miałam mugolskiej tradycji, o jakikolwiek kraj by nie chodziło, chodziło mi wyłącznie o tradycję Durmstrangu, w którym panują bardzo surowe stosunki hierarchiczne i miało to pokazać, jak czarodzieje po dziś dzień manifestują uległość skrzatów. Nie ma hybrydy. Są czarodzieje.
*epidemia grypy – jeśli jednego dnia świeciło słońce (a grzało nieźle według Twoich opisów), a następnego dnia powietrze lodowaciało, to faktycznie można zachorować, ale nie podczas jednej nocy (poza tym domyślam się że w szkole o takiej dyscyplinie skrzaty nie zwykły leżeć do góry brzuchem i powinny dbać (zważywszy na panujące warunki atmosferyczne) o ogrzewanie całą dobę), a i tak trzeba by spać na golasa i w mokrych włosach (rozdział4); - wielokrotnie wspominałam o nieszczelnych oknach. Poza tym, grypa jest chorobą zakaźną, ostatnio o tym głośno, powinnaś była wiedzieć. Starczy, że jedna osoba zachoruje, potem jest już z górki. I nigdzie nie napisałam, że to wybuchło z dnia na dzień.
*„Ludzie - psy od zawsze go fascynowali.” – a nie ludzie-wilki? I bez spacji (rozdział4); - znowu próbujesz mi wmówisz, że wiesz lepiej niż ja, co miałam na myśli. Ludzie-psy, określenie pejoratywne użyte z premedytacją, spełniający swoją funkcję środek stylistyczny.
* „Z niewielkiego radyjka stojącego na komódce przy łóżku lecieli zabronieni przez socjalistyczną cenzurę Doorsi.” – och, obawiam się, że nie mógł ich słuchać. Zespół powstał w 1965, a według moich obliczeń akcja toczy się ok. roku 1950 lub nieco później (por. pkt. Kanoniczność)(rozdział6); - omawiałam powyżej. Biorąc pod uwagę poprawki na wiek chłopców, Doorsi są w porządku.
* „Litości, nie jesteśmy na Syberii.” – nie? - nie. :) Ja wiem, gdzie Durmstrang jest i to starczy. W tekście są na ten temat wyłącznie nieistotne wzmianki, ale zapewniam Cię, że zamek swoje miejsce ma, mam nawet na komputerze taką mapkę z zaznaczoną w paincie kropką.
1. Zauważyłam, że w niektórych miejscach stosujesz krótkie myślniki, czyli dywizy, a powinny być półpauzy, czyli długie. Na niektórych czcionkach tego nie widać, ale tzw. minusy stosujemy tylko w łączeniach wyrazów np. biało-czerwony. W całej reszcie przypadków m. in. w dialogach – półpałzy. - mój komputer odmawia współpracy pod tym względem, a autokorekta edytora tekstu, którego używam, nie zawsze działa tak, jak powinna. Estetyczniej jest, kiedy wszystkie dialogi zapisuję w ten sam sposób, a półpauz stworzyć nie jestem w stanie. Nie moja wina.
2. Niepokoi mnie Twój sposób zapisu wypowiedzi bohaterów z notami odautorskimi. Też mam z tym zwykle problem i zawsze szukam po różnych książkach sposobu zapisywania długich wypowiedzi z częstymi wtrąceniami narratora. Ostatecznie, piszemy wszystko w jednym ciągu, bez akapitów (por. rozdział4). - nie jestem pewna, czy rozumiem, bo nie podałaś przykładu. Ale to, czy zapisać to w kolejnym akapicie, czy nie, zależy głównie od treści dialogu i narracji. Dzielenie na akapity nie jest trudne.
3. Ostatnia kwestia, która też zawsze mnie gryzie. Zapis myśli. Osobiście nie podoba mi się taki bez niczego, że tak to ujmę. Odsyłam tu. - forum Mirriel nie jest dla mnie żadnym autorytetem, na forum Fahrenheita, gdzie jednak są osoby, które się na tym serio znają, bo przecież redaktorzy i pisarze ogólnopolskiej sławy, znalazłam informacje, że zapis, którego używam, jest poprawny.
Grafika i estetyka:
Kwestia oczywiście sporna. Ale dobrze by było, gdybyś wiedziała, że wyświetlanie grafiki, a przede wszystkim kolorów, jest w dużej mierze uzależnione od monitora. Na moim wszystko jest czytelne, na komputerze dziewczyny, która obrabiała mi grafikę, również. Na komputerach moich przyjaciół podobnie. Na Twoim nie, czego wiedzieć nie mogłam - a w konsekwencji poprawić tego też nie mogłam. I dalej nie mogę, bo nie wiem, kiedy będzie dobrze, do tego trzeba by było profesjonalisty, a ja takowego nie znam.
Co do autora obrazka, to sama nie czuje się dobrze z tym, że go tam nie umieściłam, ale niestety, rysunek zapisałam kiedyś na komputerze bez linka do galerii i autor pozostał anonimowy. Źle mi z tym i zgadzam się z Tobą, moja brzydka wielka wina.
Ale co do tekstu Szekspira, to już inna para kaloszy. Jak to zwykle komentuje moja polonistka - nigdy nie należy obrażać czytelnika najbardziej oczywistymi oczywistościami. To jest najbardziej znany cytat dramaturga, no, niech będzie, jeden z najbardziej znanych. Myślałam, że takie rzeczy się wie. Nie pisze się na stole "to jest stół", ani na pilocie "Tutaj naciśnij, żeby włączyć telewizor".
Dodatki:
Przede wszystkim, to nie było do końca tak, że w Średniowieczu autor nie miał znaczenia, on się nie podpisywał, bo nie zależało mu na sławie - bo pisał dla chwały Boga, dla kościoła. Użycie tego porównania jest jak najbardziej niezrozumiałe i niedorzeczne, bo nie chcesz, żebym pisała o sobie, tylko o moim "utworze".
Nie dodałam nic więcej, bo Victor to moje dziecko i nie mam zamiaru zdradzać nikomu, kim był ojciec. Tak bym to nazwała. Ale fakt, komuś się to może nie podobać.
Ogólne wrażenie:
Porównanie do Pana Tadeusza mnie zabiło. Kolejność wchodzenia w Durmstrangu miało znaczenie zgoła inne niż u Mickiewicza. Tam podkreślało patriarchalny ustrój Soplicowa, oraz to, że wszystko było zgodne z harmonią, dobre, uporządkowane, piękne i w ogóle było cacy. W Durmstrangu pokazywało to, że:
- dyrektor jest wywyższony do rangi przywódcy,
- istnieje duży dystans w stosunkach nauczycie-uczeń,
- zasady i regulaminy to coś, co Durmstrang lubi najbardziej,
- wszystkie zasady są b. mocno przez wszystkich respektowane.
Lektura jeszcze nie przerabiana, co? Albo przerabiana niedawno, stąd nieuzasadnione skojarzenie.
Jeśli chodzi o wschód i zimę, to byłabym wdzięczna, gdybyś napisała, co Ci w tym przeszkadza, bo punkty niby za to poodejmowałaś , a słowem nie pomknęłaś, co Ci w tym tak właściwie nie gra.
Jeśli chodzi o moje ogólne wrażenie, to z oceny nie jestem ani trochę zadowolona. Nie była konstruktywna, była zwykłym czepianiem się, a Ty na każdym kroku próbowałaś mi udowodnić, ze moich chłopców wzorowałam na Huncwotach, na co nawet nie miałaś nawet solidnych argumentów. Być może to przez to, że Twoja ocena była taka szybko, nie zdążyłaś się przyjrzeć tekstowi i odjęłaś mi punkty za rzeczy irracjonalne, zaś błędów, które faktycznie są w Victorze poważne, zwyczajnie nie zauważyłaś. Wydaje mi się, że jednak oceniłaś mnie subiektywnie. Chciałaś zrobić pośmiewisko (sama taka deklaracja pod oceną wydaje mi się chora, przy okazji, i wyjątkowo niegrzeczna), od czego się powstrzymałaś, ale i tak podoczepiałaś się do rzeczy, do których nie miałaś o co. Nie, absolutnie, nie wykłócam się o lepszą ocenę. Wątpię, żeby mi przysługiwała, nawet po poprawkach. Ale obie się uczymy - ja pisać prozę, Ty wyrażać opinię, czy tam pisać oceny, które można by podciągnąć pod coś w rodzaju recenzji, zwracam Ci więc uwagę na to, o czym powinnaś pamiętać, i może zwrócić trochę więcej uwagi, przy pisaniu kolejnej oceny.
Jeśli chodzi o rzeczy, które by mi pomogły, to zwróciłaś mi uwagę na kilka powtórzeń, których wcześniej nie widziałam. Kiedy to zacznie działać, na pewno popoprawiam.
I dziękuję za poświęcony czas, oczywiście.
Pozdrawiam.
|